Płynne aktywa Funduszu Górnośląskiego – największej instytucji finansowej w naszym regionie – znalazły się na progu bezpieczeństwa. Kapitał spółki, która miała wspierać restrukturyzację śląskiej gospodarki, tworzyć miejsca pracy, wskutek nieudolnej polityki inwestycyjnej i fatalnego zarządzania skurczył się, tylko w ubiegłym roku, o 25 milionów złotych. W samym Funduszu, jak i spółkach zależnych – w poszukiwaniu oszczędności – zwalnia się ludzi. Dla ratowania sytuacji szuka się nabywców na nieruchomości – przede wszystkim działki położone w atrakcyjnych miejscach naszego regionu. Już teraz wiadomo, że zostaną one sprzedane z ogromną stratą, bo kupiono je za ceny zdecydowanie przekraczające te, które przed czterema laty obowiązywały na rynku. Pięć spółek zależnych od Funduszu postawionych zostało w stan likwidacji. Dwie inne mają zostać wchłonięte przez Inwestora Górnośląskiego, czyli w praktyce także zlikwidowane. Fundusz, którego ogromny kapitał miał stać się kołem zamachowym śląskiej gospodarki i sposobem na walkę z bezrobociem, inwestował w minionych latach między innymi w pieczarkarnie, wytwórnię bryczek konnych i weksle prywatnych firm, które dzisiaj, w kilku przypadkach, mogą okazać się nic nie wartymi papierami.
- Gdy w końcu ubiegłego roku przejmowaliśmy od Skarbu Państwa Fundusz Górnośląski, nie mieliśmy pojęcia, że sytuacja jest aż tak zła – mówi Lucjan Kępka, wicemarszałek województwa śląskiego. – Szybko podjęliśmy decyzję, aby sprzedawać lub likwidować wokół Funduszu wszystko to, co ciągnie nas finansowo w dół.
Fundusz przez całe lata zarządzany był przez osoby, które działały z poręczenia politycznego. Decyzje w sprawie obsady foteli prezesów przywozili z Warszawy członkowie Rady Nadzorczej, reprezentujący w niej byłego właściciela, czyli Skarb Państwa. Najwięcej strat powstało wskutek “radosnej twórczości” ekipy kierowanej przez Marka P., który w tej chwili sprawdza swoje menedżerskie kwalifikacje w Polskim Związku Koszykówki.
Autor artykułu: WITOLD PUSTUŁKA